Tak mówił poczciwiec, sapał zaś przy tym i pocił się przy swych słowach: tak, że krowy dziwiły się ponownie. Zaratustra wszakże przy tych twardych jego słowach spoglądał mu w twarz z uśmiechem i potrząsał głową w milczeniu.
— Przemoc czynisz ty sobie, kaznodziejo górski, używając słów tak twardych. Do takiej tężyzny nie dorosły twoje usta i oko.
I, jak sądzę, nawet i żołądek twój: nie służy jemu wszelki gniew, nienawiść i wszelkie wzburzenie. Żołądek twój pragnie łagodniejszej strawy: ty nie jesteś mięsożernym.
Wydajesz mi się raczej jaroszem i miłośnikiem korzonków. Może nawet ziarna mielesz. Lecz z pewnością uciechom mięsnym skłonny nie jesteś i bardzo lubisz miód.
— Odgadłeś mnie doskonale — odparł dobrowolny żebrak z uczuciem ulgi na sercu. — Lubię miód, mielę też i ziarna, gdyż poszukiwałem zawsze strawy o miłym smaku i czystym tchnieniu:
— oraz takiej, co długiego potrzebuje czasu, jako dzieło ruchu całodziennego dla łagodnych bezczyńców i nicponi.
Najdalej oczywiście zaszły pod tym względem krowy: one wynalazły przeżuwanie i wylegiwanie się w słońcu. Powstrzymują się one również od wszelkich ciężkich myśli, które rozdymają serce.
Co mówili krytycy
Ludovici utożsamia dobrowolnego żebraka z idealnym buddystą, wyznawcą dekadenckiej religii, której wartości pochodzą z klas wyższych, a nie niższych, i widzi w nim oczyszczony portret Chrystusa, odarty z jadowitych rysów dodanych przez apologetów.