„*Zaratustra*”! zawołali wszyscy obecni, jakby jednymi usty i wszczęli przy tym wielki śmiech, który wszakże oderwał się od nich jako ciężka chmura. Nawet wiła śmiał się i rzekł przezornie:
— Niechże i tak będzie! Już prysnął zły mój duch!
Wszak sam ostrzegałem was przed nim, mówiąc, że to oszust jest, duch łżywy i omamny.
Osobliwie, gdy się nago ukaże. Lecz cóżem ja winien tym jego podstępom! Czyż *ja* stworzyłem jego i świat ten?
Hejże więc! Bądźmyż znowu zgodni i dobrej myśli! Aczkolwiek Zaratustra gniewnie spoziera — spojrzyjcież tylko! dąsa się on na mnie —:
— wszakże zanim noc nadejdzie, będzie mnie kochał i sławił, bez takich szaleństw długo żyć on nie może.
*On* — kocha swych wrogów: tę sztukę posiadł najlepiej ze wszystkich, kogo znałem. Lecz mści się on za to — na swych przyjaciołach!
Tak mówił stary wiła, a ludzie wyżsi poklask mu dali: tak iż Zaratustra począł obchodzić swych przyjaciół i ściskać im dłonie złośliwie i z miłością, — czyniąc to jak ktoś, co wszystkim wygodzić w czymś pragnie i przeprosić za coś chce. Gdy znalazł się jednak przy tym u wyjścia z jaskini, już go chętka porwała, aby na świeże powietrze do zwierząt swych wyskoczyć, — chciał się tedy wymknąć.
Co mówili krytycy
Ludovici dowodzi, że czyniąc sumiennego specjalistę jedynym, który opiera się melancholijnej muzyce czarownika, Nietzsche oddaje wysoki hołd uczciwości naukowca, a sporu o strach używa, by powtórzyć, że odwaga to cała pierwotna historia człowieka.