— Śpieszył więc Zaratustra i śpieszył coraz dalej, i nie spotykał już nikogo, i był sam jeden, i raz wraz myślą do siebie powracał, i rozkoszował się samotnością, i chłonął ją, i rozmyślał o wielu dobrych rzeczach, — całymi godzinami. Czasu południa, gdy słońce wprost nad głową Zaratustry stało, mijał on krzywe, sękate drzewo, bujną miłością winnego krzewu tak ogarnięte, że aż przed samym sobą ukryte: z krzewu tego zwieszały się ku wędrowcowi obfite żółte grona. Wówczas wzięła go ochota ugasić niewielkie pragnienie i zerwać takie grono; gdy jednak ramię już wyciągnął, zrodziła się w nim inna, jeszcze większa chętka: mianowicie zlec pod tym drzewem w tę godzinę doskonałego południa i zasnąć.
Tak też uczynił; i zaledwie zległ na ziemię w ciszę i przytulność barwistej murawy, już o swym niewielkim pragnieniu zapomniał i zasnął. Gdyż, jak głosi przysłowie Zaratustry: jedno jest niezbędniejsze od drugiego. Tylko że oczy jego pozostały otwarte: — nie mogły się one nasycić widokiem drzewa i miłości winnego krzewu, — nasycić i nauwielbiać. W zasypianiu jednak przemawiał Zaratustra tak oto do swego serca:
Co mówili krytycy
Ludovici wyjaśnia, że wraz z Nietzschem człowiek osiągnął dojrzałość w południe życia: bogowie i zabobony naszego dzieciństwa ustępują, jesteśmy odpowiedzialni za swe czyny, a przeżywszy poranek pod władzą przypadku, musimy uczynić popołudnie naszym własnym.