— Osobliwie dzisiaj, — odparł dobrowolny żebrak — dziś, gdy wszystko niskie staje się butownicze, trwożliwe i butne: na sposób ciżby mianowicie.
Gdyż nastała, jak wiesz, godzina wielkiego, złowróżbnego, długiego i powolnego buntu motłochu i niewolników: rośnie on i wzmaga się!
Dziś oburza niskich wszelkie dobrodziejstwo i drobne oddawanie; nad miarę bogaci niech się mają na baczności!
Kto dziś jak pękata butla z nadto wąskich szyjek sączy: — takim butelkom chętnie urywa się dziś szyję.
Lubieżna chciwość, żółciowa zawiść, zgryźliwa mściwość, pycha plebejuszowska: wszystko to skakało mi do oczu. Nieprawdą stało się już, że ubodzy są błogosławieni. Królestwo niebieskie jest wszakże pośród krów.
— A czemu nie pośród bogaczy? — rozpytywał Zaratustra badawczo, odganiając krowy, które obwąchiwały poufale poczciwca.
— Czemu doświadczasz mnie? — odparł zagadnięty. — Wszak wiesz o tym lepiej niźli ja. Cóż to przygnało mnie do najbiedniejszych, o Zaratustro? Czyż nie wstręt do naszych najbogatszych?
— do tych więźni bogactwa, którzy swą korzyść z każdego śmietnika podjąć umieją, ludzi o zimnym oku i jurnych myślach, do tej hołoty ku niebu cuchnącej,
— do tego pozłocistego sfałszowanego motłochu, którego ojcowie byli długopalcymi złodziejami, ścierwnymi ptaki lub gałganiarzami, — z kobietami dziś tak powolni, lubieżni, tak łatwo zapominający: — wszak oni wszyscy są bliscy nierządnicy. —
Motłoch w górze, motłoch na dole! Czymże są dziś „ubodzy” i „bogaci”! Tej różnicy oduczyłem się już, — i oto umknąłem od nich, umykałem coraz dalej, aż wreszcie do tych oto krów trafiłem.
Co mówili krytycy
Ludovici utożsamia dobrowolnego żebraka z idealnym buddystą, wyznawcą dekadenckiej religii, której wartości pochodzą z klas wyższych, a nie niższych, i widzi w nim oczyszczony portret Chrystusa, odarty z jadowitych rysów dodanych przez apologetów.