— Zwracam się wreszcie i do ciebie, — rzekł Zaratustra do najszpetniejszego człowieka, który wciąż jeszcze na ziemi leżał i wyciągał ramię do osła (poił go winem w ten sposób). — Mów, ty nazwać się niedający, cóż ty czynisz!
Zdasz mi się przeistoczony, oko twe płonie, płaszcz wzniosłości spoczywa na tobie: cóżeś ty czynił?
Zali prawdą jest, o czym oni mówią, żeś ty go do życia powołał? I po co? Czyż nie był on już całkowicie dobity i pokonany?
Sam wydajesz mi się wskrzeszony. Cóżeś ty czynił? Po cóżeś nawrócił? Po cóżeś siebie nawrócił? Mówże, ty niewypowiedzialny!
— O Zaratustro, — odparł najszpetniejszy człowiek — jesteś nicponiem!
*Czy* żyje, czy odżył, czy też umarł całkowicie, — któż z nas dwu, pytam się ciebie, lepiej wie o tym?
To tylko wiem, — a od ciebie, o Zaratustro, nauczyłem się tego: kto najpewniej zabić chce, *ten się śmieje*.
„Nie gniewem, lecz śmiechem się zabija” — tak rzekłeś ongi. O Zaratustro, ty skryty, ty burzycielu bez gniewu, niebezpieczny tyś święty! — jesteś nicponiem!
Co mówili krytycy
Mencken opisuje Zaratustrę jako odległego mędrca w towarzystwie węża i orła, którego mowy przypominają biblijnych rapsodów, i dowodzi, że pod koniec Nietzsche oddaje się bluźnierstwu: parodii ostatniej wieczerzy, oddawaniu czci osłu przez uczniów, a Wagner i inni wrogowie pojawiają się pod przejrzystą maską błaznów.
Ludovici odczytuje cześć, jaką ludzie wyżsi oddają osłu, jako przestrogę, że myśliciele, którzy odzyskują zaufanie do wiary jako takiej, padają ofiarą najciaśniejszych zabobonów, z aluzją do pogańskich oskarżeń, że chrześcijanie czczą osła, i do średniowiecznych asinaria festa.
Ludovici wyjaśnia, że Zaratustra, zganiwszy ludzi wyższych, uznaje ośle święto za niemądre, ale potrzebne, za wytchnienie dla mędrców wymyślone przez ozdrowieńców, i każe im obchodzić je znowu z miłości do siebie i do niego.