— Dobrze więc! — rzekł Zaratustra — winieneś wobec tego ujrzeć i *moje* zwierzęta: orła mego i węża, — nie masz bo dziś równych im na świecie.
Patrz, tędy oto wiedzie droga do jaskini Zaratustry: bądź gościem u mnie tej nocy. I mów ze zwierzęty mymi o szczęściu zwierząt,
aż póki ja nie powrócę. Gdyż teraz oto wołanie na ratunek każe mi spiesznie cię opuścić. Znajdziesz i miód świeży u mnie: lodowo świeży plastrowy miód złocisty: jedzże go!
A teraz pożegnaj czym prędzej swe krowy, ty dziwaczny! ujmujący! aczkolwiek niełatwo ci to pożegnanie przyjść winno. Gdy są to wszak najcieplejsi twoi przyjaciele i mistrze! —
— Wyjąwszy jednego, którego jeszcze bardziej miłuję — odparł dobrowolny żebrak. — Ty sam jesteś dobry, lepszy nawet niż krowa, o Zaratustro!”
— Precz, precz ode mnie, nieznośny pochlebco! — wołał Zaratustra złośliwie — czemu psujesz mnie tą pochwałą i tym miodem przypochlebnym?
„Precz, precz ode mnie!” — krzyknął raz jeszcze, wymachując kijem w stronę tkliwego żebraka: ów zaś umykał co tchu.
Co mówili krytycy
Ludovici utożsamia dobrowolnego żebraka z idealnym buddystą, wyznawcą dekadenckiej religii, której wartości pochodzą z klas wyższych, a nie niższych, i widzi w nim oczyszczony portret Chrystusa, odarty z jadowitych rysów dodanych przez apologetów.