Pozbywszy się wiły, ujrzał Zaratustra niebawem znowuż kogoś na drodze, po której szedł. Nieopodal siedział czarny, smukły człowiek o chudej bladej twarzy: *ten* przygnębiał swoją postacią. „Biada, rzekł Zaratustra do swego serca, oto siedzi zakapturzony posępek, kapłańskim zda mi się to jego zachowanie: czegóż *tacy* w moim chcą królestwie?
Cóż znowu! Zaledwie jednemu wile się umknąłem: już oto drugi czarnoksiężnik drogę mi zabiega, —
— pewno jakiś czarownik, zamówienia czyniący, ciemny cudotwórca z bożej łaski, namaszczony świata zaprzaniec, — — niechby go diabeł porwał!
Lecz diabła nigdy nie masz na tym miejscu, gdzie by było jego miejsce właściwe: zawsze zjawia się za późno to przeklęte karlisko i kuternoga ten! —
Tak oto klął Zaratustra niecierpliwie w duszy i rozmyślał nad tym, jakby to z odwróconymi oczyma prześlizgnąć się obok czarnego człowieka: lecz oto stało się inaczej, niż zamierzał. W tejże chwili spostrzegł go siedzący; porwał się z miejsca i zastąpił mu drogę, czyniąc nieomal wrażenie człowieka, którego niespodziane szczęście spotyka.
Co mówili krytycy
Ludovici wyjaśnia opowieść ostatniego papieża jako Nietzscheańską historię judaizmu i chrześcijaństwa: zazdrosny, mściwy Bóg silnej, wojowniczej rasy degeneruje się wraz ze swym ludem w miękkiego, litościwego Boga miłości, który poświęca za nas swego Syna, a proces ten kończy się tym, że Bóg zostaje uduszony własną litością.