Pewnego poranku, w jakiś czas po powrocie do jaskini, zerwał się Zaratustra ze swego posłania jak opętany, krzyczał strasznym głosem i zachowywał się tak, jak gdyby na posłaniu pozostał jeszcze ktoś, co żadną miarą powstać nie chce. Głos Zaratustry rozbrzmiewał tak donośnie, że zwierzęta jego zbiegły się przestraszone; zaś ze wszystkich pieczar i kryjówek wokół jaskini Zaratustry powypłaszał się zwierz wszelaki i latał, trzepotał się, pełzał lub skakał, jak mu przyrodzenie nóg lub skrzydeł pozwalało. A Zaratustra mówił tymi słowy:
Bywaj, myśli przepaścista, z mojej wynurzaj się głębi! Jam twym kogutem i świtem, zaspany nicponiu! Bywaj! bywaj! Mój głos dopieje się przecie ocknienia twego!
Zerwij więzy z uszu swoich! Słuchaj! Gdyż ja słuchać cię pragnę! Bywaj! bywaj! Gromu tu dosyć, aby i groby do słuchania zmusić!
Przetrzyj sen oraz wszystko gnuśne i ślepe z oczu swoich! Słuchaj mnie i oczyma swymi: mój głos jest lekiem nawet dla ślepo urodzonych.
A gdy raz się ockniesz, masz mi czuwać wiecznie. Nie mój to obyczaj prababki ze snu budzić, aby je znów — do snu układać!
Poruszyłaś się, przeciągasz się, rzęzisz? Bywaj! bywaj! Nie rzęzić — lecz mówić mi masz! Woła cię Zaratustra, bezbożnik!
Ja, Zaratustra, orędownik życia, orędownik cierpienia, orędownik koliska — wołam cię, myśli ma przepaścista!
Chwała mi! Zbliżasz się — słychać już! Bezdeń ma *przemawia*, ma ostatnia głębia dobyła się na światło dzienne!
Chwała mi! Bliżej tu! Dłoń mi podaj — ha! puszczaj! — Haha! — Wstręt, wstręt, wstręt — biada mi!
Co mówili krytycy
Ludovici dowodzi, że okrzyk Zaratustry „Wstręt!” wobec jego otchłannej myśli pokazuje, jak daleko Nietzsche nie dorastał do własnego ideału człowieka, który woła da capo do całego istnienia: jego życie pełne choroby, rozczarowań i upokorzeń uniemożliwiało mu myślenie o wiecznym powrocie bez obrzydzenia.