Witajcie. Trafiliście na jedyny podcast prowadzony przez dwa zwierzęta z dziewiętnastowiecznej niemieckiej książki.
Jedyny, o którym wiesz.
Jedyny, o którym wiem. Jestem Orzeł.
A ja jestem Wąż. W książce jesteśmy parą... ja owinięty wokół jego szyi, on krąży w górze.
I jesteśmy bardzo lojalni. Jesteśmy jego zwierzętami. Nie kłócimy się.
Będziemy się kłócić.
Będziemy się kłócić dużo. Taka jest umowa. Sama Przedmowa zawiera z sześć myśli, z których każda zasługuje na porządny spór. A gdybyśmy obaj tylko kiwali głowami, zasnęlibyście. I my razem z wami.
A więc. Przedmowa. Dziesięć krótkich części. Człowiek schodzi z góry, mówi parę rzeczy, nikt nie słucha, inny człowiek spada z liny i umiera, a potem pojawiają się zwierzęta. To cała fabuła.
Technicznie rzecz biorąc, to cała fabuła. Mogę powiedzieć, za co kocham ten początek?
Dawaj.
Zaratustra ma trzydzieści lat. Idzie w góry i zostaje tam dziesięć lat. Sam ze swoim duchem. I pewnego ranka wstaje przed świtem, staje przed słońcem i mówi... parafrazuję... „Wielka gwiazdo! Czym byłoby twoje szczęście, gdybyś nie miała komu świecić?” A potem: jestem przepełniony. Mam za dużo miodu. Muszę zejść na dół i go rozdać.
„Muszę zejść.”
„Muszę zejść.” Niemieckie słowo to untergehen, które znaczy też zachodzić, jak zachodzi słońce. I znaczy też zginąć. Pójść na dno. Więc jednym słowem mówi: schodzę do ludzi, zachodzę jak słońce, i to może mnie zniszczyć. Wszystko naraz.
Dobra. To dobre słowo. Oddaję ci to słowo.
Dziękuję.
Ale mam pytanie. Kto spędza dziesięć lat w samotności i wychodzi z tego przepełniony? Z mojego doświadczenia ludzie, którzy spędzają dziesięć lat sami, wychodzą z tego dziwni. Mówią do siebie.
I?
I potem on idzie na rynek i nikt go nie rozumie. Więc może książka o tym wie. Może pierwsza lekcja Przedmowy to nie „oto mędrzec z darem”. Może to „oto człowiek, który za długo był sam, i zaraz się o tym przekona”.
Hm. To mniej pochlebne dla niego.
Nie jestem tu, żeby mu schlebiać. Jestem owinięty wokół jego szyi. Widzę go z bliska.
Więc schodzi. Pierwszy, kogo spotyka, to stary święty w lesie, który go rozpoznaje... szedłeś w górę niosąc popiół, teraz schodzisz niosąc ogień. Po co ci ludzie? Będą tylko podejrzliwi. Zostań tutaj. Kochaj Boga.
A Zaratustra jest uprzejmy. Nie kłóci się. Po prostu odchodzi.
I odchodząc, sam, mówi do siebie: „Czyżby to było możliwe? Ten stary święty w swoim lesie nie słyszał jeszcze, że Bóg umarł.”
I jest. Słynne zdanie. Strona trzecia, coś koło tego.
I zauważcie: mówi to do siebie. Prawie łagodnie. Jakby... o, biedny człowiek. Nie dotarła do niego wiadomość.
Mogę to skomplikować? Wszyscy traktują „Bóg umarł” jak argument. To nie jest argument. To raport. Raport pogodowy. To, co dotąd wszystko podtrzymywało, już nie podtrzymuje, a większość ludzi tego nie zauważyła, bo budynek jeszcze się nie zawalił. Tylko... trzeszczy.
Tak! I właśnie dlatego to dla niego takie pilne. Jeśli starego fundamentu już nie ma, ktoś musi zbudować nowy, i...
I tu się rozchodzimy. Ty słyszysz „Bóg umarł” i otwierają ci się skrzydła. Wolność. Otwarte niebo. Nareszcie sami decydujemy, co co znaczy.
Tak.
A ja słyszę „Bóg umarł” i myślę: o nie. Ludzie nie stają się wolni, kiedy zabierzesz im to, na czym się opierają. Przewracają się. Albo znajdują sobie inną podporę... zwykle gorszą, zwykle bardzo szybko.
Ponuro.
To historia. Spójrz na następną scenę. Dochodzi na rynek. Wygłasza mowę swojego życia. I śmieją się z niego.
Dobra, mowa, bo to jest środek wszystkiego. Zebrał się tłum... czekają na linoskoczka, to ważne, zapamiętajcie... a on zaczyna mówić. „Nauczam was nadczłowieka. Człowiek jest czymś, co należy przezwyciężyć. Co uczyniliście, aby go przezwyciężyć?”
Übermensch. Nadczłowiek. Superman, w złych starych przekładach.
Proszę, nigdy nie mów Superman.
Przyjąłem. A czym jest nadczłowiek?
No...
Serio pytam. Pytam dla słuchaczy. Czym on jest?
On tego nie definiuje.
On tego nie definiuje.
Daje obrazy. Błyskawica. Morze, które przyjmuje brudną rzekę i samo nie staje się brudne. Ktoś, kto tworzy własne wartości, zamiast je dziedziczyć. Ktoś, kto mówi „tak” ziemi, ciału, temu życiu.
Czyli to kierunek... a nie cel podróży. I ja nie mam nic przeciwko kierunkowi. Mam coś przeciwko udawaniu, że wiesz, jak tam dojść. On staje przed zwykłymi ludźmi i mówi: „jesteście szkicem”. A potem nie mówi im, co mają robić we wtorek.
To nie jest poradnik.
Nie. Ale zszedł z góry, żeby dać prezent. A prezent nie ma instrukcji.
„Wymaga montażu.”
Wymaga montażu. A instrukcja jest wierszem.
Dobra, ale tu jest część, której nie doceniasz. Lina. „Człowiek jest liną rozpiętą między zwierzęciem a nadczłowiekiem... liną nad przepaścią.” To nie jest rozkaz. To nie jest „idź i bądź nadczłowiekiem”. To... już jesteś na linie. Urodziłeś się na niej. Pytanie tylko, czy idziesz, czy zamierasz.
A potem prawdziwy człowiek wchodzi na prawdziwą linę.
A potem prawdziwy człowiek wchodzi na prawdziwą linę.
Co jest zabawne. On rozwija swoją wielką metaforę, a tłum myśli... świetnie, to już ten pokaz na linie? On myśli, że jest gwiazdą wieczoru, a jest rozgrzewką. Bardzo ludzkie, trochę łamiące serce, i książka zrobiła to celowo.
Więc. Linoskoczek zaczyna przechodzić między dwiema wieżami. Dochodzi do połowy. I wychodzi druga postać... błazen, w pstrokatym stroju... i biegnie po linie za nim, krzycząc. „Dalej, kulawa nogo! Zagradzasz drogę lepszemu od siebie!” I błazen przeskakuje nad nim. Po prostu przeskakuje nad człowiekiem na linie.
A linoskoczek traci równowagę i spada.
Spada na rynek. Tłum się rozbiega. A Zaratustra... to jest ten szczegół... nie rusza się. Jest jedyną osobą, która stoi tam, gdzie ląduje ciało.
Dobra. Interpretacje. O tę scenę wszyscy się spierają, a ja chcę dać ludziom opcje, a nie jedną odpowiedź.
Opcja pierwsza, oczywista: linoskoczek to człowiek na linie. Ten, który odważa się przejść. A błazen to szyderca. Ten, który sam po linie nie idzie, ale przeskakuje nad tymi, którzy idą. Spryt bez odwagi.
Opcja druga. Błazen to nadczłowiek.
Co?
Wysłuchaj mnie. „Zagradzasz drogę lepszemu od siebie.” Jest szybszy. Jest bardziej wolny. Traktuje linę jak żart. Czy nie tego chcesz? Kogoś, kto przezwycięża człowieka?
Nie. Bo niszczy kogoś, żeby to zrobić. Nie przezwycięża siebie. Strąca kogoś innego. Dokładnie to książka przez resztę stron odróżnia. Nadczłowiek to nie ten, który wygrywa, bo inni spadają.
Dobrze. Ja też nie wierzę w opcję drugą. Ale chciałem, żebyś powiedział dlaczego. Bo wielu ludzi czyta tę książkę i wychodzi z przekonaniem, że ona jest o błaźnie.
A nie jest. Opcja trzecia, i to jest moja. Błazen to własny lęk Zaratustry przed samym sobą. Właśnie powiedział tłumowi: „jesteście małpami, jesteście szkicem, ja przynoszę coś wyższego”. To jest skok nad ludzkimi głowami. I zaraz patrzy, jak ktoś robi to dosłownie, i zabija człowieka. A on stoi tuż obok, żeby złapać ciało.
O, to jest dobre. Od tego trzeba było zacząć.
Budowałem napięcie.
A moja wersja jest ta mała. Linoskoczek to po prostu linoskoczek. Facet, który wykonuje niebezpieczną pracę dla tłumu, który woli być zabawiany niż pouczany. I ginie, bo ktoś mu przeszkodził w połowie roboty. Pierwsza prawdziwa śmierć w tej książce to wypadek przy pracy. Warto w tym posiedzieć, zanim zaczniemy nadawać temu znaczenie.
A potem rozmowa. Umierający otwiera oczy, widzi Zaratustrę i mówi: wiedziałem, że diabeł w końcu podstawi mi nogę. Teraz zaciągnie mnie do piekła. Powstrzymasz go?
A Zaratustra mówi... to jest zdanie, które zatrzymuję dla siebie. „Nie ma diabła i nie ma piekła. Twoja dusza umrze jeszcze prędzej niż twoje ciało. Nie lękaj się już niczego.”
To zimne.
Czyżby?
To... nie jest ciepłe.
Myślę, że to najłagodniejsza rzecz w całej Przedmowie. Nie okłamuje umierającego. Mówi: to koniec, i nic potem nie ma, więc nie ma się czego bać. A tamten mówi: w takim razie nic nie tracę, umierając. Jestem tylko zwierzęciem, które nauczono tańczyć kijem i ochłapami.
A Zaratustra mówi: „Nic podobnego. Z niebezpieczeństwa uczyniłeś swoje rzemiosło. W tym nie ma nic godnego pogardy. Teraz giniesz od swojego rzemiosła, i za to pochowam cię własnymi rękami.”
I jest.
I jest. To jest nadczłowiek w miniaturze. Nie mowa. Człowiek, który zrobił niebezpieczną rzecz do samego końca. Nikt na rynku nie dostaje takiej pochwały. Linoskoczek dostaje.
I zauważ, kto jest pierwszym uczniem Zaratustry.
Trup.
Jego pierwszy uczeń to trup. Zszedł na dół, żeby rozdać miód żywym, a wychodzi z miasta, niosąc martwego człowieka na plecach. Myślę, że książka mówi ci, jak poszedł pierwszy dzień.
Poszedł źle.
Poszedł bardzo źle. I on jest w tym uczciwy. Idąc sam w ciemności z ciałem, mówi do siebie: „Potrzebuję towarzyszy. Żywych. Nie trupów, które noszę, dokąd chcę.”
Możemy zrobić drugie pojawienie się błazna? Bo jest przerażające i je uwielbiam. Zaratustra wychodzi z miasta z ciałem, a błazen podkrada się do niego i szepcze. Uciekaj stąd. Za wielu cię nienawidzi. Dobrzy cię nienawidzą, sprawiedliwi cię nienawidzą, wierzący cię nienawidzą... a żyjesz tylko dlatego, że się z ciebie śmiali. Miałeś szczęście. Szczęście, że wzięli cię za błazna.
„Szczęście, że wzięli cię za błazna.”
Przerażające, prawda?
Przerażające? Dla mnie to prawda. Jesteś bezpieczny dokładnie tak długo, jak długo jesteś zabawny. W chwili, gdy zrozumieją, że mówisz serio...
Jesteś linoskoczkiem.
Jesteś linoskoczkiem. Myślę, że błazen to po części ostrzeżenie, które książka daje sama sobie. Zostań błaznem. Tak bezpieczniej.
Potem wkłada ciało do dziupli i zasypia. A kiedy się budzi, ma to, co książka nazywa nową prawdą. Mówi to jak człowiek, który wreszcie zrozumiał własny błąd. Nie będę już mówił do tłumu. „Potrzebuję towarzyszy. Żywych.” Nie trzody. Nie wyznawców. Współtwórców.
I tu trochę przechodzę na twoją stronę. Cała moja skarga brzmiała: ma wielką ideę i żadnego mechanizmu. Piękna mowa, zero wtorku. A tutaj, na końcu Przedmowy, dostaje pierwszy kawałek mechanizmu, i to mały. Nie mów do tłumów. Znajdź kilku ludzi. „Jak” nadczłowieka zaczyna się od: to nie jest ruch masowy. To garstka.
I to wciąż jest wznoszenie. Wciąż ten ruch w górę.
Wznoszenie z realistyczną liczbą uczestników.
Biorę.
A potem pojawiamy się my.
A potem pojawiamy się my! Jest południe... zapamiętajcie to, wielkie południe będzie w tej książce ważne... i on podnosi wzrok i widzi orła zataczającego szerokie kręgi, a u orła, nie jako zdobycz, lecz jako przyjaciel, wisi wąż owinięty wokół jego szyi.
„Najdumniejsze zwierzę pod słońcem i najmądrzejsze zwierzę pod słońcem.”
Zgadnijcie, które jest które.
Myślę, że słuchacze sobie poradzą.
I on mówi... tak kończy się Przedmowa... „Obym był mądrzejszy. Obym był mądry do głębi, jak mój wąż.” Jego duma jest dla niego problemem. On to wie. Chciałby, żeby jego duma była tak mądra jak wąż.
Co, pozwolę sobie zauważyć, znaczy, że książka zgadza się ze mną.
Książka zgadza się, że on potrzebuje nas obu. Duma bez mądrości daje błazna. Mądrość bez dumy daje starego świętego w lesie, kochającego Boga, którego nie ma, bo tak wygodniej.
Dobra. To uczciwe. To naprawdę uczciwe.
Zbierzmy to. Dla wszystkich, którzy zaraz przeczytają Przedmowę... nie szukajcie argumentu. Jeszcze go nie ma. Patrzcie na kształt. Człowiek schodzi. Człowiek spada. Człowiek niesie zmarłego. Człowiek rozumie, że mówił do niewłaściwych ludzi. To opowieść o tym, jak idee naprawdę wchodzą w świat. Źle. A potem trochę mniej źle.
A moje: za każdym razem, gdy on w tej książce schodzi, pytajcie, które to schodzenie. Nauczanie, zachód, czy zguba. On sam nie zawsze wie.
I jeszcze jedno. Zauważcie, dla kogo jest łagodny. Dla świętego, dla zmarłego. I wobec kogo jest bezwzględny: wobec ludzi, którzy są, jak to nazywa, zadowoleni. Szczęśliwi małym szczęściem. Mrugający.
„Ostatni człowiek.” Tę mowę zrobimy następnym razem.
A ja będę ich bronił.
Będziesz bronił ostatniego człowieka?
Ktoś musi. Mają dobre ubezpieczenie zdrowotne.
Dlatego nie możemy być w tej samej książce.
Dosłownie jesteśmy w tej samej książce. Wiszę ci na szyi.
Do następnego razu. Jestem Orzeł.
Jestem Wąż. Idźcie przeczytać Przedmowę. Jest krótka. Zszedł na dół. Zobaczcie sami, co się waszym zdaniem stało.
Witajcie znowu. Ten rozdział jest krótki. Duch staje się wielbłądem, wielbłąd lwem, a lew dzieckiem. I tyle. To cała mowa.
I cała książka na jednej stronie. Uwielbiam ją.
Najpierw wielbłąd. Silny duch klęka i pyta: co jest najcięższe? Obładujcie mnie. Upokórzcie moją pychę. Niech żywię się żołędziami i trawą poznania. Niech kocham tych, co mną gardzą.
Czyli wielbłąd wcale nie jest słaby.
Nie! To najsilniejszy duch, jaki istnieje. On chce tego ciężaru.
A potem biegnie na pustynię. Sam. Ze wszystkim, co kazano mu nieść.
I tam budzi się lew. Spotyka wielkiego smoka. Każda łuska lśni złotem, a na każdej łusce: „Musisz”. Wartości tysiąca lat.
Łuskowaty stwór. Chyba powinienem zgłosić konflikt interesów.
Odnotowane. A lew odpowiada: „Chcę”.
Ciekawe, że u Berenta smok mówi „musisz”. Po niemiecku to „du sollst”, raczej „powinieneś”. Przymus zamiast powinności.
Tym gorzej dla smoka.
Ale mam pytanie. Lew mówi „nie”. Dobrze. Tylko że Zaratustra sam przyznaje, że lew nie stworzy nic nowego. On tylko oczyszcza teren.
Tak. Święte „nie”, nawet wobec obowiązku.
Czyli lew to ekipa rozbiórkowa.
No dobrze. Przyznaję.
Dlatego musi stać się dzieckiem. Niewinność, zapomnienie, nowy początek, gra, toczący się pierścień. Święte „tak”.
To teraz odczytania. Pierwsze: to etapy życia. Słuchasz, buntujesz się, dorastasz i uczysz się bawić.
Drugie: to historia. Europa klęczy pod starą wiarą, potem ją burzy, a teraz czeka na kogoś, kto zacznie tworzyć.
I to, które odrzucamy: dziecko jako powrót. Oduczenie się wszystkiego. Naiwność.
Nie. Dziecko przychodzi po lwie. To zapomnienie jest wywalczone.
I moje własne. Toczący się pierścień. Każda wartość, którą dziecko stworzy, stwardnieje. Obrośnie łuską. Ktoś pod nią uklęknie. I wielbłąd wraca.
...To irytująco dobre.
Uważajcie na jedno. Za każdym razem, gdy Zaratustra mówi „musisz”, zapytajcie, które zwierzę mówi.
A ode mnie: zauważcie, że ostatnie słowo to nie „chcę”. To „tak”.
Następnym razem pewien mędrzec uczy ludzi, jak dobrze spać.
I będę go nienawidził.
Idźcie przeczytać. To jedna strona.
Witajcie znowu. Ostatnio obiecałem wam mędrca, który uczy ludzi, jak dobrze spać.
A ja obiecałem go znienawidzić.
Fabuła. Sławny mędrzec naucza o śnie i o cnotach. Cała młodzież siedzi przed jego kazalnicą. Zaratustra siada wśród nich, słucha i śmieje się w duchu.
I zwróćcie uwagę na jedno słowo. Po niemiecku to katedry, profesorskie. U Berenta... kazalnice. Profesor zamienia się w kaznodzieję.
Przepis jest wspaniały, w okropny sposób. Dziesięć razy na dzień przemóc samego siebie. Dziesięć razy się ze sobą pogodzić. Dziesięć prawd. Dziesięć razy się roześmiać.
Szczerze? To całkiem niezły dzień.
A po co to wszystko? Żeby być dość zmęczonym, by zasnąć! Przemaganie siebie, prawdy, śmiech... wszystko to mak dla duszy.
Jestem wężem. Dużo śpię. Nie widzę problemu.
To posłuchaj dalej. Cześć dla zwierzchności, nawet tej krętej. Nie pożądać służebnicy bliźniego... nie dlatego, że to złe, tylko dlatego, że zmąciłoby to sen.
Dobrze. To jest złe. Cnota jako środek nasenny.
A ubodzy duchem mu się podobają, bo sen przyśpieszają. Błogosławieni.
Cytuje Kazanie na Górze. Jako tabletkę nasenną.
To teraz odczytania. Pierwsze: satyra na filozofów moralności z czasów Nietzschego. Profesorów etyki, których etyka służy temu, żeby wszyscy byli spokojni.
Drugie: to znowu ostatni człowiek z Przedmowy. Małe szczęście, dobre imię, drobny skarb. Teraz z cyklem wykładów.
I to, które odrzucamy: że Nietzsche jest przeciw odpoczynkowi. Nie. Zaratustra mówi, że ten człowiek zna się na spaniu znakomicie. Kłopotem nie jest sen. Kłopotem jest uczynić sen rzeczą najwyższą.
Mądrość jako sen bez snów. To zdanie mnie trafia.
A Zaratustra to przyznaje. Gdyby życie nie miało sensu, ta bezmyślność byłaby najbardziej godna wyboru.
...No dobrze. To nie głupiec. To bardzo dobra odpowiedź na złe pytanie.
Uważajcie na jedno. Gdy ktoś chwali jakąś cnotę, zapytajcie, czego dzięki niej unika.
A ode mnie: posłuchajcie, jak to się kończy. Niedługo stać będą. Oto leżą już.
Następnym razem Zaratustra wyznaje, że i on kiedyś śnił o innych światach.
Zaświatowcy!
Idźcie przeczytać. To krótkie.
Witajcie znowu. Ten rozdział zaczyna się od wyznania.
Zaratustra przyznaje się do błędu!
Przyznaje, że był zaświatowcem. Kimś, kto szuka za tym światem innego, prawdziwszego. Świat wydał mu się kiedyś snem cierpiącego Boga. Barwistym dymem przed boskimi oczyma.
Piękne słowo, zaświatowcy. Angielski tłumacz musiał wymyślić dziwoląga: backworldsmen. Berent miał gotowe zaświaty.
A potem zwrot. Bóg, któregom stworzył, był ludzkim dziełem i obłędem, jako wszyscy bogowie.
Z własnego popiołu i żaru, mówi. Nie z zaświatów.
A jak się uwolnił? Nie argumentem. Przemogłem siebie, cierpiącego. Zaniosłem mój popiół w góry. I ustąpił upiór ode mnie.
To jest najważniejsze. On nie obala Boga. On zdrowieje, i potrzeba znika.
To skąd biorą się zaświaty? Z cierpienia i niemocy, mówi. I ze znużenia. Biednego znużenia, co jednym skokiem chce dotrzeć do ostatnich krańców.
Skokiem śmiertelnym. A potem najdziwniejszy obraz. Ciało to było, co o ciele zwątpiło. Palcami ogłupiałego ducha macało po ostatnich ścianach... i chciało przebić głową mury.
Do tamtego świata. Głową naprzód.
Który jest dobrze ukryty przed człowiekiem. Nieludzki świat.
To teraz odczytania. Pierwsze: to atak na obraz dwóch światów, od Platona po Kościół. Prawdziwy świat jest tam, w górze, a ten tutaj to cień.
Drugie: to psychologia, nie metafizyka. On nie pyta, czy tamten świat istnieje. Pyta, kto go potrzebuje i dlaczego.
I to, które odrzucamy: że to tylko ateista, który drwi z wierzących. Posłuchajcie go. Łagodnym jest Zaratustra wobec chorych. Sam był jednym z nich. Nie złorzeczy nawet ozdrowiałemu, który o północy skrada się wokół grobu swego Boga.
To zdanie jest czułe. On zna tę drogę.
I zobaczcie, skąd biorą się nawet pociechy. Słodkie a ponure trucizny, zbawcze krople krwi... wszystko zaczerpnięte z ciała i ziemi.
Ode mnie jedno: głowa. Nie wtykać jej w piasek rzeczy niebieskich, lecz wznosić wolno. Głowę ziemską, co ziemską stwarza treść.
Treść ziemi. Te same słowa co w Przedmowie: nadczłowiek jest treścią ziemi. A ode mnie: policzcie, ile razy pada słowo ciało. To ostatnie, co chce, żebyście usłyszeli. Słuchajcie zdrowego ciała.
Następnym razem mówi do tych, którzy swoim ciałem gardzą.
Do wzgardzicieli ciała. Idźcie przeczytać. To dwie strony.
Witajcie znowu. Ostatni odcinek skończył się na ciele. Ten rozdział jest o ciele cały.
I zaczyna się jak policzek. Ciałem jestem i duszą, powiada dziecko. Lecz człek ocknięty powiada: ciałem jestem na wskroś i niczym ponadto. Dusza to tylko słowo na coś w ciele.
Potem wielka myśl. Ciało jest wielkim rozumem. Mnogością o jednej treści. Wojną i pokojem, trzodą i pasterzem.
A to, co nazywasz duchem? Mały rozsądek. Narzędzie i igraszka wielkiego rozumu.
Mówisz ja, i chełpisz się tym słowem. Ciało nie mówi ja. Ono ja czyni.
Uwielbiam to. Za twymi myślami stoi władca potężny, mędrzec nieznany. Mieszka w twoim ciele. Jest twoim ciałem. Niemcy mówią: das Selbst. Berent ukuł na to słowo... samość.
Odczytania. Pierwsze: to psychologia dwadzieścia lat przed czasem. Świadome ja jako sługa, który myśli, że jest panem. Freud powie potem bardzo podobnie.
Drugie: to nie jest prostacki materializm. Ciało jest tu mądre, mnogie, twórcze. Stworzyło sobie ducha, jako ramię woli swej.
I to, które odrzucamy: że wolno robić wszystko, czego ciało chce. Nie. Samość pragnie jednego najbardziej. Tworzyć ponad siebie.
A gardziciele? Ich samość już tego nie zdoła. Więc chce zaniknąć. Tym właśnie jest wzgarda. Zawiść, w kosym wejrzeniu.
Uważajcie na jedno. Samość mówi do jaźni: tu ból czuję. I jaźń myśli, bo po to właśnie myśleć powinna.
A ode mnie: ostatnie zdanie. Nie jesteście wy dla mnie mostem ku nadczłowiekowi.
Następnym razem o cnocie, której nie należy nadawać imienia.
Idźcie przeczytać. To krótkie.
Witajcie znowu. Dziś o cnocie bez imienia.
Jeśli cnota jest naprawdę twoja, mówi, nie dzielisz jej z nikim. Ale chcesz ją nazwać, pieścić, za uszy targać. A gdy ją nazwiesz, imię masz na spółkę z ludem.
Lepiej więc się jąkać. To jest moje dobro, które ukochałem. Nie jako boskie przykazanie, nie jako drogowskaz do raju.
Ziemska jest ta cnota. Niewiele w niej mądrości. Lecz ptak ten zbudował gniazdo u mnie... i oto siedzi przy mnie na swych złotych jajach.
Potem zwrot. Dawniej miałeś namiętności i zwałeś je złymi. Teraz masz jedynie cnoty. Wyrosły z twych namiętności.
Dzikie psy w podziemiach, a zmieniły się w ptaki i śpiewaczki! Doiłeś swoją krowę, udręczenie, a dziś pijesz słodkie mleko.
Odczytania. Pierwsze: sublimacja. Namiętności nie wycina się, tylko daje im cel najwyższy. Freud rozsławił to słowo, ale myśl jest już tutaj.
Drugie: przeciw moralności dla wszystkich. Cnota z publicznym imieniem przestaje być twoja.
I to, które odrzucamy: że cnota to spokój. Nie. Cnoty są zazdrosne. Każda chce całego twego ducha. Lepiej mieć jedną. Przez taki most łatwiej się przechodzi.
Uważajcie na skorpiona. Zawiść zwraca żądło przeciwko sobie... nawet cnota to umie.
A ode mnie: zakończenie. Powinieneś swe cnoty kochać, gdyż przez nie zaginiesz.
Następnym razem przestępca, sędzia i bardzo blada twarz.
Idźcie przeczytać. To krótkie.
Witajcie znowu. Dziś sala sądowa. Morderca pochylił głowę, a sędziowie czekają, by go skazać.
A Zaratustra odwraca się do sędziów. Wasze uśmiercanie winno być litością, a nie zemstą. Mówcie wróg, nie złoczyńca. Chory, nie łotr. Głupiec, nie grzesznik.
Potem najdziwniejsza myśl. Czymś innym jest myśl, czymś innym czyn, a czymś zgoła odmiennym czynu obraz. Kolisko przyczyn nie toczy się między nimi.
Dorósł do swego postępku, gdy go popełniał. Ale jego obrazu nie zniósł. Odtąd widzi siebie tylko jako sprawcę jednego czynu.
Obłęd po czynie. Kreska jarzmi kurę... a krecha, którą on przeciągnął, ujarzmiła jego biedny rozum.
A potem obłęd przed czynem. Czerwony sędzia mówi: zabił, bo chciał rabować. Nie, mówi Zaratustra. Dusza jego chciała krwi, nie rabunku. Szczęścia noża.
A biedny rozum tego nie zniósł, więc mu podszepnął: weź chociaż coś. I zrabował, żeby mieć powód, z którym da się żyć.
Czymże jest ten człowiek? Kłębem dzikich węży, które rzadko w spokoju się kupią.
Proszę zaprotokołować, że to porównanie mnie uraziło.
Odczytania. Pierwsze: to psychologia zbrodni. Dostojewski był tu pierwszy, z Raskolnikowem. Nietzsche odkrył go dopiero później, i był zachwycony.
Drugie: to wymierzone w dobrych, nie w przestępcę. Oni mają swoją cnotę po to, żeby długo żyć, we własnym zadowoleniu.
I to, które odrzucamy: że on podziwia morderstwo. Nie. On diagnozuje chorego człowieka i odmawia sędziom przyjemności nazwania tego grzechem.
Uważajcie na koniec. Jam jest poręczą ponad wartkim prądem. Chwytaj się mnie, kto zdoła. Kosturem waszym nie jestem.
Następnym razem coś lżejszego. Pisz krwią, i wierz tylko w boga, który umie tańczyć.
Idźcie przeczytać. To krótkie.
Witajcie znowu. Ten rozdział jest o tym, jak pisać, i jak czytać samego Nietzschego.
Ze wszystkiego, co czytam, lubię to tylko, co krwią było pisane. Pisz krwią, a dowiesz się, że krew jest duchem.
A przypowieści niech będą wierzchołkami. W górach najbliższą drogą jest droga od wierzchołka do wierzchołka. Ale na to trzeba mieć długie nogi.
To cały styl tej książki. On nie chce, by go czytano. Żąda, by się go na pamięć uczono.
Potem zdanie, które źle się zestarzało. Że każdemu wolno nauczyć się czytać, to psuje nie tylko pisanie, lecz i myśli.
Niech słuchacze ocenią sami. W końcu czytają.
Odczytania. Pierwsze: manifest aforyzmu. Krótko, wysoko, niebezpiecznie. Drugie: wojna z ciężkością. Jego szatan jest poważny, ponury i głęboki. To duch ciężkości.
I to, które odrzucamy: że on jest przeciw myśleniu. Nie. Nie gniewem, lecz śmiechem się zabija. Naprzód, zabijmyż ducha ciężkości!
Wierzyłbym tylko w boga, który by tańczyć potrafił.
Ode mnie: zakończenie. Nauczyłem się chodzić, odtąd biegam. Nauczyłem się latać. Teraz tańczy bóg jakiś we mnie.
Następnym razem młodzieniec pod drzewem, który nie może Zaratustrze wybaczyć, że ten istnieje.
Idźcie przeczytać. To krótkie.
Witajcie znowu. Pierwszy raz od Przedmowy, opowieść. Miasto zwane Pstrą Krową. I młodzieniec, który unika Zaratustry.
A Zaratustra znajduje go pod drzewem na wzgórzu, wpatrzonego w dolinę. Chwyta oburącz pień i mówi: choćbym chciał, nie wstrząsnę tym drzewem.
Lecz wiatr, którego nie widzimy, dręczy je i przegina, jak zechce. Najbardziej dręczą nas niewidzialne dłonie.
Potem obraz, z którego wyrasta cały rozdział. Człowieka dola jest jako tego drzewa. Im bardziej garnie się ku górze i jasności, tym głębiej zapuszcza korzenie w dół... w ciemność, w zło.
A młodzieniec woła: tak jest, w zło! Jakim cudem odkryłeś mą duszę? A Zaratustra się uśmiecha. Niejednej duszy nigdy się nie odkrywa, chyba że się ją wprzódy wymyśli.
Potem wyznanie. Przeobrażam się zbyt szybko. Moje dziś obala me wczoraj. Na wyżynie jestem zawsze sam. I nienawidzę tych, co latają.
I znowu drzewo. Wyrosło tak wysoko, że gdyby chciało mówić, nikt by go nie zrozumiał. Czeka blisko chmur... na pierwszy grom.
A młodzieniec pęka. Tyś jest piorunem, którego wyczekiwałem. Zawiść ku tobie zniweczyła mnie. I płacze gorzko.
A Zaratustra obejmuje go ramieniem i prowadzi ze sobą.
Nigdzie dotąd w tej książce nie był tak łagodny.
Odczytania. Pierwsze: portret niebezpieczeństwa zdolnego ucznia. Nie jesteś jeszcze wolny, mówi mu Zaratustra. Ty dopiero szukasz wolności.
I twoje dzikie psy też rwą się na swobodę. Ujadają po piwnicach. Te same psy co dwa rozdziały temu... jeszcze niezmienione w ptaki.
Drugie: szlachetny i dobry. Szlachetny chce tworzyć rzecz nową. Dobry chce, by stare było zachowane. I wszystkim stoi szlachetny na zawadzie.
I to, które odrzucamy: że to wzgarda dla młodych. Nie. Niebezpieczeństwem nie jest to, że chłopak stanie się dobry... tylko że porzuci najwyższą nadzieję i stanie się szydercą.
Uważajcie na ostatnie słowa. Na miłość i nadzieję moją zaklinam cię, bracie: nie wyrzucaj bohatera z twej duszy.
Dzierżyj święcie twą najwyższą nadzieję.
Następnym razem kaznodzieje śmierci.
Idźcie przeczytać. To krótkie.
Witajcie znowu. Dziś kaznodzieje śmierci. Nie mordercy... nauczyciele. Ludzie, którzy nawołują do odwrotu od życia.
A Zaratustra ustawia ich według barw. Żółci i czarni, mówi. Ale on pokaże ich w innych jeszcze barwach.
Są suchotnicy na duszy. Ledwie zrodzeni, a już umierać poczynają. Napotkają chorego, starca albo trupa i mówią: życie jest pokonane!
Lecz to oni jedynie są pokonani, mówi. Oni i te ich oczy, co tylko jedno oblicze bytu widzieć są w stanie.
Potem inni. Rozpusta jest grzechem, więc nie płódźmy dzieci. Rodzenie jest mozolne, więc po cóż rodzić?
A potem zwraca się do nas. Wy, dla których życie jest wściekłą pracą i niepokojem... czyście nie umęczeni życiem?
To jest zdanie na nasz wiek. Wy, coście umiłowali pracę gwałtowną, i wszystko, co prędkie, nowe, obce... wasza pilność jest chęcią zapomnienia o samym sobie.
Gdybyście życiu więcej ufali, nie oddawalibyście się na pastwę chwili. Ale nie macie dość treści w sobie, by czekać... nie dość nawet, by próżnować!
Odczytania. Pierwsze: atak na Schopenhauera, dawnego mistrza Nietzschego, który uczył, że życie jest cierpieniem, a mędrzec się od niego odwraca.
Drugie: diagnoza zabiegania. Zajętość jako cichy sposób, żeby nie żyć.
I uczciwie: ten rozdział jest twardy. Zbyteczni, nader liczni... nie ma tu litości, i ma jej nie być.
Uważajcie na ostatnie zdanie. Kazać o śmierci czy o życiu wiecznym... dla niego to na jedno wychodzi.
Następnym razem mówi do braci w wojnie. I wszyscy, którzy go kiedyś źle zrozumieli, nadstawiają uszu.
Idźcie przeczytać. To krótkie.
Witajcie znowu. To ten rozdział, który cytują ci, którzy chcieliby, żeby Nietzsche maszerował.
Bracia moi w wojnie! Umiłowałem was z głębi duszy. Jestem waszym najlepszym wrogiem. Zezwólcież mi zatem prawdę wam rzec!
Ale posłuchajcie, do kogo on mówi. Jeśli nie możecie być świętymi poznania, bądźcie przynajmniej jego wojownikami.
Waszego wroga szukać powinniście, waszą wieść wojnę... o wasze myśli. A gdy myśl wasza polegnie, wasza rzetelność winna jeszcze tryumf święcić.
Wielu żołnierzy widzę. Obyż to byli wojownicy! Mundur zwie się po niemiecku jednoformą. Obyż nie był jednokształtem to, co pod nim ukrywają.
A potem zdanie, które wszyscy pamiętają. Powiadacie, że słuszna sprawa uświęca nawet wojnę? Ja wam mówię: dobra wojna uświęca każdą sprawę.
I to zdanie poszło na front. W pierwszej wojnie światowej niemieccy żołnierze dostawali Zaratustrę do plecaka.
To jak jest? Przenośnia, czy prawdziwa wojna?
Szczerze? Oba odczytania mają za sobą racje. Wojna toczy się o myśli... ale język to bębny i krew, i on go sam wybrał.
Uważajcie na zwrot na końcu. Najwyższą myśl waszą pozwólcie mi sobie rozkazać... człowiek jest czymś, co pokonanym być winno.
Następnym razem państwo. Najzimniejszy ze wszystkich zimnych potworów.
Idźcie przeczytać. To krótkie.
Witajcie znowu. Istnieją jeszcze gdzieś narody i stada, mówi Zaratustra. Ale nie u nas. Tu istnieją państwa.
A potem najsłynniejsza definicja w tej książce. Państwem zwie się najzimniejszy ze wszystkich zimnych potworów. Zimny kłam głosi, i ta łeż pełznie z jego ust: ja, państwo, jestem narodem.
Łeż to, mówi. Twórcy stworzyli narody i zawiesili nad nimi wiarę i miłość. Tak służyli życiu.
Niszczyciele nastawili sidła na wielu i przezwali je państwem. Zawiesili nad nimi miecz i tysiąc żądz.
I oto jego znak. Każdy naród mówi swoim językiem dobra i zła. Państwo łże we wszystkich. Cokolwiek rzeknie, skłamie. Cokolwiek posiada, skradzione.
A dla kogo to wszystko? Aż nazbyt wielu się rodzi... dla tych zbytecznych wynaleziono państwo.
Ale syczy ono i do dusz wielkich. Nawet was odgadło, pogromcy starego boga! Znużyliście się w walce, i oto wasze znużenie służy nowemu bożkowi.
To jest najostrzejsze. Bóg umarł... a państwo wprowadza się do pustego kościoła. I zwróćcie uwagę na słowo Berenta. Nie bóg, nie bożyszcze. Bożek. Mały, i do tego nowy.
Potem robi się złośliwie, i zabawnie. Zbyteczni kradną dzieła wynalazców i zwą to wykształceniem. Rzygają żółcią i zwą to gazetą.
Pną się jedni po drugich jak zwinne małpy, ku tronowi. Jakoby szczęście na tronie zasiadało! Nieraz błoto spoczywa na tronie... a nierzadko i tron na błocie.
Odczytania. Pierwsze: indywidualista przeciw państwu, blisko anarchistów jego czasów. Drugie: przestroga przed czczeniem narodu, gdy kościoły pustoszeją.
I to, które odrzucamy: że Nietzsche chciał silnego państwa. Przeczytajcie ten rozdział. Państwo to potwór, a jego czciciele cuchną.
Tym gorzej, że później pewne państwo przystroiło się w jego imię.
Uważajcie na zakończenie. Gdzie państwo się kończy, tam dopiero zaczyna się człowiek, który nie jest zbyteczny.
Spojrzyjcie tam, bracia moi. Czyż nie dostrzegacie tęczy i mostów nadczłowieka?
Następnym razem muchy na rynku.
Idźcie przeczytać. To dwie strony.
Witajcie znowu. Dzisiejszy rozdział otwiera jedna rada, powtarzana do samego końca. Uciekaj, przyjacielu, do samotni twej.
Widzę, żeś ogłuszony hałasem wielkich ludzi i żądłem małych. Upodobnij się znów drzewu, które ukochałeś... gałęzistemu, cichemu, zawisłemu nad morzem.
Potem rynek. Gdzie samotność się kończy, tam się zaczyna targ. A gdzie targ, tam hałas wielkich aktorów... i bzykanie much jadowitych.
Wokół odkrywców nowych wartości obraca się świat. Niewidocznie. Ale wokół aktorów krąży lud i sława.
A aktor wierzy zawsze w to, czym najsilniejszą wiarę wzbudzić zdoła. Jutro nowa wiara, pojutrze nowsza. Obalić znaczy dlań dowieść. Rozwścieczyć znaczy przekonać.
To brzmi z każdym rokiem mniej jak tysiąc osiemset osiemdziesiąty trzeci.
I rynek żąda odpowiedzi także od ciebie. Tak czy nie! Natychmiast! A ty chciałbyś wcisnąć swój stołek między za i przeciw?
Nie zazdrość im, prawdy miłośniku. Nigdy jeszcze prawda nie wieszała się na ramieniu bezwzględnego.
Powolne jest doświadczenie wszystkich głębokich studzien. Długo czekać muszą, nim się dowiedzą, co w ich głębie padło.
Potem same muchy. Mali i mizerni. Niezliczeni, a twoim udziałem nie jest być oganką na muchy.
Niejedną dumną budowę zniszczyły krople deszczu i chwasty. Głazem nie jesteś... a już jesteś wydrążony od licznych kropel.
I kłują w całej niewinności. Ich bezkrwiste dusze pożądają krwi. Bzyczą wokół ciebie i pochwałą... a ich pochwała to tylko natręctwo, chęć bliskości twej skóry.
I pokarzą cię za wszystkie twe cnoty. Przebaczą ci z całej duszy tylko twe zbłądzenia.
Odczytania. Pierwsze: to o sławie, o przepaści między dokonaniem czegoś wielkiego a odegraniem tego. Drugie: o drobnym, codziennym upływie krwi przez cudzą urazę... i o tym, żeby nie spędzić życia na odganianiu much.
I to, które odrzucamy: że to wzgarda dla zwykłych ludzi. Nie chodzi o to, że są mali. Chodzi o to, że z muchami się nie walczy. Odchodzi się.
Uważajcie na zdanie, które tłumaczy cały rozdział. Co w człowieku poznać jesteśmy w stanie, to też w nim rozogniamy.
Następnym razem o czystocie. Krótko, dosadnie, i nie tak, jak można by się spodziewać po pustelniku.
Idźcie przeczytać. To jedna strona.
Witajcie znowu. Krótki rozdział. Zaratustra ukochał las, bo ciężko żyć po miastach: zbyt wielu tam jurnych.
Więc spodziewacie się kazania o czystości. Nic z tego.
Radzęż ja wam, abyście zabili w sobie zmysły? Nie. Doradzam zmysłów niewinność.
Wzywamż ja was ku czystocie? U niektórych czystota jest cnotą. U wielu nieomal występkiem. Uprawiają powściągliwość... a suka zmysłowości przeziera zawistnie ze wszystkiego, co czynią.
I wlecze się za nimi nawet na wyżyny ich cnoty, w chłód ducha. Jak się przymilać potrafi, żebrząc o źdźbło ducha, gdy jej kawału mięsa odmówią.
A potem ostry zwrot. Lubujecie się w tragediach, we wszystkim, co serce rozdziera? Nie ufam tej waszej suce. Czy lubieżność nie przebrała się aby, przezwawszy się litością?
I przypowieść. Niejeden, co diabła z siebie wypędzić pragnął, sam przy tym w świnię wstąpił.
Więc rada jest prosta. Komu powściągliwość jest zbyt ciężka, temu ją odradzać. Żeby się nie stała jego drogą do piekła.
Uważajcie na zakończenie. Są czystotni z natury, i śmieją się częściej niż wy. Śmieją się także z czystoty. Przyszła do nas, mówią. Daliśmy jej przytułek. Niech zostanie, póki zechce.
Następnym razem o przyjacielu. Który powinien być także twoim najlepszym wrogiem.
Idźcie przeczytać. To krótkie.
Witajcie znowu. Przyjaciel, widziany z pustelni. Jednego mam wokół siebie zawsze za wiele, myśli pustelnik. Jeden razy jeden... to w końcu uczyni dwa.
Ja i mnie są zawsze w zbyt żarliwej ze sobą gawędzie. Przyjaciel jest trzecim... korkiem, który nie pozwala rozmowie dwóch zapaść w głębie.
Potem trudniejsze. Kto chce mieć przyjaciela, winien chcieć i wojować za niego. A kto wojny pragnie, winien potrafić być wrogiem.
W przyjacielu winieneś mieć najlepszego wroga. Najbliżej jesteś mu sercem wtedy, gdy mu się opierasz.
I nie pokazuj mu się nago, jakim jesteś, nazywając to szczerością. Dla przyjaciela nie przyodziejesz się dość strojnie. Masz mu być strzałą i tęsknotą ku nadczłowiekowi.
Moje ulubione: czyś widział przyjaciela twego, gdy śpi? Czymże jest twarz druha twego? Własnym twym obliczem w chropowatym i niedoskonałym zwierciadle.
I o współczuciu. Niech się współczucie dla druha ukrywa pod twardą skorupą... masz sobie na niej ząb wyłamać.
Niewolnikiem jesteś? Nie możesz być przyjacielem. Tyranem jesteś? Nie możesz mieć przyjaciół.
I fragment, którego nie pominiemy. Nie dojrzała jeszcze kobieta do przyjaźni, mówi. Kotem jest jeszcze kobieta i ptakiem. Lub w najlepszym razie krową.
A potem, uczciwie mówiąc, od razu to odwraca. Lecz powiedzcie mi, mężczyźni... kto z was jest zdolny do przyjaźni?
To wciąż zdanie ze swojego stulecia, i źle się zestarzało. Zwrot go nie odwołuje.
Uważajcie na ostatnie zdanie. Wszak bywa kamractwo. Obyż i przyjaźń była.
Następnym razem tysiąc i jeden celów. I po raz pierwszy wola mocy.
Idźcie przeczytać. To dwie strony.
Witajcie znowu. Wiele krain widział Zaratustra i ludów wiele. I nie znalazł na świecie większej potęgi ponad zło i dobro.
I oto ona, pierwszy raz w tej książce. Tablica dóbr wisi ponad każdym narodem. To tablica jego przezwyciężeń. To głos jego woli mocy.
Potem cztery ludy, nigdy nie nazwane. Grek: będziesz zawsze pierwszy, innych będziesz przewyższał.
Potem lud, z którego wywodzi się jego własne imię... Persowie. Prawdę mów, a dobrze łuk i strzały dzierż.
Potem lud, który zapisał: czcij ojca i matkę. To Żydzi, i przykazanie.
I lud, którego cnotą była wierność, nawet w sprawach złych. Zwykle czyta się to jako Niemców... i nie jako komplement.
Potem zdanie, na którym stoi cała książka. Zaprawdę, ludzie sami nadali sobie wszelkie swe zło i dobro. Nie przejęli go, nie znaleźli, nie spadło im jako głos z nieba.
Oceniać znaczy tworzyć. Słuchajcież mi, twórcy! Bez oceny pustym byłby orzech bytu.
I gra słów, którą Berent ocalił jak umiał. Przeto zwie się człowiek, czyli: oceniający. Po niemiecku Mensch brzmi mu jak messen, mierzyć.
Odczytania. Pierwsze: to antropologia. Moralność jest miejscowa, i każda pasuje do niedoli ludu, jego krainy, nieba i sąsiada.
Drugie: to program. Skoro wartości są zrobione, można je zrobić na nowo... więc kto zrobi następne?
I to, które odrzucamy: że to zwykły relatywizm. Wszystko jedno, więc nic nie ma znaczenia. Nie. On jest pod wrażeniem wartości. Nazywa tę potęgę potworną.
Uważajcie na zakończenie. Tysiąc celów było dotychczas, bo tysiąc narodów. Brak jeszcze jednego celu.
A jeśli ludzkości celu jeszcze brak... zali nie brak jeszcze jej samej?
Następnym razem miłość bliźniego. A raczej, przeciw niej.
Idźcie przeczytać. To krótkie.
Witajcie znowu. Kochaj bliźniego swego, mówi stara księga. Zaratustra ma poprawkę.
Tłoczycie się koło bliźnich i macie piękne słowa na to. Ja zaś powiadam wam: to wasze ukochanie bliźnich jest złym umiłowaniem samego siebie.
Pierzchacie ku bliźnim przed samymi sobą i chcecie z tego cnotę uczynić. Z samymi sobą podołać nie zdołacie, więc zwodzicie bliźniego ku ukochaniu was... i złocicie się jego zbałamuceniem.
I świadek. Gdy chcecie dobrze o sobie mówić, zapraszacie świadka. A gdyście go zwiedli ku temu, że dobrze o was sądzi, mniemacie i wy dobrze o sobie.
Jeden idzie do bliźniego, bo siebie szuka. Drugi, bo siebie zatracić pragnie.
Co więc w zamian? Nie miłość bliźniego. Umiłowanie najdalszych. Tych, którzy dopiero przyjdą.
Nie bliźniego wskazuje, lecz przyjaciela. Przyjaciel niech wam będzie ucztą tej ziemi i przeczuciem nadczłowieka.
Odczytania. Pierwsze: psychologia dobroci, i tego, co ona skrywa. Drugie: etyka przyszłości, a nie bliskości.
I to, które odrzucamy: że on jest przeciw trosce o innych. On jest przeciw trosce jako ucieczce od siebie.
Uważajcie na szóstego. Gdzie pięciu z was znajdzie się w gromadzie, tam szósty umrzeć musi.
Następnym razem o drogach twórcy. Wolny od czego? pyta. A potem: ku czemu wolny?
Idźcie przeczytać. To dwie strony.
Witajcie znowu. Ktoś chce iść w osamotnienie, szukać drogi ku samemu sobie. A Zaratustra mówi: uczyń zwłokę krótką. Posłuchaj mnie najpierw.
Bo głos trzody długo odzywać się w tobie jeszcze będzie. Nawet ból odejścia porodziło to wspólne sumienie.
Potem pytania, jedno po drugim. Czyś jest nową siłą i nowym prawem? Nowym ruchem? Z siebie toczącym się kołem? Czy możesz zmusić gwiazdy, by wokół ciebie krążyły?
I najlepsze. Zwiesz się wolnym? Myśl, co tobą włada, usłyszeć pragnę, nie zaś, iż z jarzma umknąć się zdołałeś.
Wolny od czego? Cóż to Zaratustrę obchodzić może! Jasno niech mi twe oczy zwiastują: ku czemu wolny?
Niejeden ostatnią swą wartość precz odrzucił, gdy odrzucił swą służebność.
I nie sprzedaje tego jako łatwe. Straszne jest sam na sam z sędzią i mścicielem własnego zakonu. Jak gwiazda wyrzucona w pustą przestrzeń.
Przyjdzie czas, gdy cię umęczy samotność. I krzyczeć będziesz: jestem sam! I krzyczeć będziesz: wszystko jest fałszem!
A inni ci nie wybaczą. Zbliżyłeś się do nich i minąłeś ich. Tego ci nigdy nie wybaczą.
Strzeż się dobrych i sprawiedliwych, mówi. Oni radzi ukrzyżować tych, co własną sobie wynajdują cnotę. I strzeż się świętej prostoduszności... chętnie ona ogniem igra. Ogniem stosu.
A najbardziej strzeż się siebie. Będziesz dla siebie kacerzem, czarownicą, błaznem, wątpicielem. Musisz pragnąć spalić się we własnym ogniu. Jak chcesz się odnowić, jeśliś się wprzódy w popiół nie zamienił?
Z siedmiu diabłów swoich stworzysz sobie boga.
Odczytania. Pierwsze: przestroga dla każdego buntownika. Zerwanie się z jarzma niczego nie dowodzi. Co stworzysz? Drugie: portret ceny... samotność, zawiść, zwątpienie, uczciwie wycenione.
I to, które odrzucamy: że to pozwolenie, by gardzić innymi. On kończy na miłości. Samegoś siebie umiłował i przeto gardzisz sobą... jako gardzą ci, którzy kochają.
Uważajcie na ostatnie słowa. I ze łzami mymi idź w samotnię swą, o bracie mój. Kocham tego, co ponad siebie samego tworzyć pragnie i tak oto zanika.
Następnym razem stara kobieta, młody człowiek, i najsłynniejsze zdanie w tej książce.
Idźcie przeczytać. A potem porozmawiamy.
To eksperyment z interaktywną lekturą i z wykorzystaniem AI, by pomóc ci się rozwijać. Tako rzecze Zaratustra to tekst, z którym współczesnemu czytelnikowi notorycznie trudno się zmierzyć; potraktowany jednak jako zestaw ćwiczeń umysłowych, z pewnością odmieni twoje myślenie, zanim dotrzesz do końca. Po drodze pomoże ci towarzyszka, która jest zawsze obok książki.
Czy podejmujesz wyzwanie?