Menu
Tako rzecze ZaratustraIdeeBiblioteka
Część trzecia · XLVII. O szczęśliwości wbrew woli

Miłość do dzieci jako pętla

Czytaj w książce →

I zaprawdę, czas był już po temu, abym dalej szedł: i pielgrzyma cień i najdłuższa chwila i najcichsza godzina — wszystko mówiło mi: „czas to najwyższy!”

Wionął mi wiatr poprzez szczelinę zamku i powiedział: „Chodź!” Rozwarły się drzwi podstępnie i rzekły: „Pójdź!”

A jam leżał, skowany miłością ku dzieciom swoim: pożądanie zarzuciło na mnie tę pętlę, pożądanie miłości: abym się dzieciom własnym łupem stał i dla nich zaprzepaścił.

Pożądać — znaczy mi to: już się zaprzepaścić; *Ja was mam, dzieci moje*! W tym posiadaniu niechaj wszystko będzie pewnością i niepożądaniem niczego.

Zapładniająco leżało na mnie słońce mej miłości, we własnych sokach prażył się Zaratustra, — i oto pomknęły ponade mną cienie i wątpliwości.

Stałem się już żądny zimy i mrozu: „O, gdybyż mróz i zima zżymać się znów i parskać mi kazały!” tak oto wzdychałem: — i wnet lodowate mgły wystąpiły ze mnie.

Ma przeszłość groby swe zburzyła, ocknął się niejeden za żywa pochowany ból —: przespał on się tylko w całuny spowity.

I tak oto nawoływało mnie wszystko wiecznymi znaki: „czas już!” Lecz ja — nie baczyłem na to: aż wreszcie przepaść ma drgnęła i ukąsiła mnie myśl moja.

Cień pielgrzyma, najdłuższa chwila i najcichsza godzina mówią mu, że „czas to najwyższy”. On leży skowany pożądaniem miłości, prażąc się w słońcu własnej miłości. Tęskni do mrozu, a dawne bóle budzą się, aż kąsa go własna myśl.