„Wstawaj — rzekł Zaratustra — ty złodziejko mała, mitrężąca dzienny czas! Jakże to? Jeszcze ciągle przeciągać się chcesz, ciągle ziewać, wzdychać i w głębokie studnie padać? Kimże jesteś! O duszo ma!” (i tu przeraził się Zaratustra, gdyż promień słoneczny padł mu z nieba prosto w twarz).
„O nieba stropie ponade mną, westchnął i przysiadł na ziemi, przyglądasz mi się ty? Słuchasz duszy mej przedziwnej?
Kiedyż spijesz ty tę kroplę rosy, co na wszystkie ziemskie rzeczy spadła, — kiedyż spijesz duszę tę przedziwną —
— kiedy, studnico wieczności! ty pogodna, dreszczem rozkoszy wstrząsająca przepaści południowa! kiedyż duszę mą spijesz ty z powrotem?”
Tako rzekł Zaratustra i podniósł się ze swego leża pod drzewem, jak z nieznanego mu upojenia: patrzy, a tu słońce wciąż jeszcze stoi wprost nad jego głową. Z tego atoli mógłby niejeden słusznie wywnioskować, że niedługo spał wówczas Zaratustra.
Co mówili krytycy
Ludovici wyjaśnia, że wraz z Nietzschem człowiek osiągnął dojrzałość w południe życia: bogowie i zabobony naszego dzieciństwa ustępują, jesteśmy odpowiedzialni za swe czyny, a przeżywszy poranek pod władzą przypadku, musimy uczynić popołudnie naszym własnym.