— Tu jednak Zaratustra dłużej pohamować się nie zdołał, pochwycił kij i począł z całych sił bić biadającego. „Zaprzestań! — wołał z jadowitym śmiechem,— zaprzestań, ty aktorze! Ty fałszerzu! Ty łgarzu z głębi duszy! Poznaję ja ciebie!
Zagrzeję ja ci wnet nogi, ty zły guślarzu, znam się dobrze na tym, jak takich — zagrzewać!”
— Dajże pokój,— rzekł starzec i skoczył na nogi,— nie bijże, Zaratustro! Czyniłem to tylko dla igraszki!
To wszystko należy do mojej sztuki; ciebie samego na próbę wystawić chciałem, gdym ci tę próbę zadawał! I, zaprawdę, przejrzałeś mnie na wskroś!
Lecz i ty oto — dałeś mi próbę samego siebie: *twardy* jesteś, mądry Zaratustro! Twardo bijesz swymi »prawdy«, twój drąg wymusza ze mnie — tę oto prawdę!”
— Nie schlebiaj,— odparł Zaratustra, wciąż jeszcze wzburzony i chmurny,— ty aktorze do cna! Fałszywy jesteś: cóż ty mi powiadasz — o prawdzie!
Ty pawiu pawi, ty morze próżności, i *cóżeś* ty grał przede mną, zły czarowniku, *kogóż to* wyobrażać sobie miałem, widząc cię tak zawodzącego?
— *Pokutnika ducha*,— odparł starzec,— jego to — grałem ja: ty sam wymyśliłeś niegdyś to słowo —
— poetę i czarodzieja, co wreszcie przeciw samemu sobie ducha swego zwraca, przeistoczonego, którego własna zła wiedza i złe sumienie mrozi.
I wyznaj tylko: długo wszak trwało, o Zaratustro, zanim przejrzałeś mą sztukę i kłamstwo! *Wierzyłeś* w mą niedolę, gdyś mi głowę oburącz podtrzymywał, —
— słyszałem, jakeś zawodził: „nie dość go kochano, nie dość go kochano!” Żem cię aż tak dalece oszukać zdołał, radowała się w skrytości złośliwość ma.
Co mówili krytycy
Ludovici dowodzi, że czarownikiem jest Wagner, opowiadając o młodzieńczej idealizacji go przez Nietzschego i o gorzkim zerwaniu, i odczytuje dialog jako obnażenie tego, czym Nietzsche zaczął się w Wagnerze brzydzić: jego aktorstwa, próżności, dwuznaczności i fałszu, choć Zaratustra wciąż traktuje go jako człowieka wyższego, złamanego przez nowoczesne wartości.