Zbyt wiele wyjaśniło mi się: obecnie nic już mnie nie obchodzi. Nie żyje już nic, co bym kochał, — jakżebym miał samego siebie jeszcze kochać?
„Żyć wedle swych chęci, lub wcale nie żyć”: tego pragnę, nawet najświętszy człowiek takie ma pragnienie. Lecz, biada mi! skądże wezmę jeszcze — chęci?
Mamże ja — jeszcze cel? Mamże ja przystań, do której mój żagiel wiedzie?
Mamże ja pomyślne wiatry? Och, ten tylko, który wie, *dokąd* żegluje, wie zarazem, który wiatr jest dobry i dla jego żeglugi pomyślny.
I cóż mi pozostało? Serce znużone i bezczelne; wola niestateczna; skrzydła łopoczące; złamany krzyż.
To szukanie *mojej* siedziby: O, Zaratutro, wierzaj mi, całe to poszukiwanie było tylko siedziby szukaniem i pokuszeniem mym; — trawi mnie ono.
Gdzież jest — *moja* siedziba? O tom pytał, tegom szukał i szukał bez końca, — nie znalazłem jej. O, wieczne „wszędy”, wieczne „nigdzie”, o wieczne — „daremnie!”
Co mówili krytycy
Ludovici odczytuje cień jako śmiałego, krnąbrnego wolnego ducha, który podąża za każdym zuchwałym ruchem swojej epoki, aż traci wszelki cel i dom, woła „Nic nie jest prawdą, wszystko jest dozwolone” i staje się wrakiem, podatnym na pochwycenie przez ciasną wiarę.