Tako mówił Zaratustra, stojąc na szczycie góry, gdzie chłód panował; gdy jednak w pobliże morza zeszedł i gdy wreszcie samotny pośród skał przybrzeżnych stanął, zdrożonym się wówczas poczuł i jeszcze bardziej roztęsknionym.
Oto wszystko we śnie jeszcze spoczywa, rzekł; i morze śpi jeszcze. Sennie i obco spoziera ku mnie jego źrenica.
Oddycha wszakże ciepło, czuję to. I to czuję jeszcze, że ono śni. Oto wije się śniące na twardym podłożu.
Słuchaj! bacz! Jak od złych wspomnień jęczy ono! Lub od złych przeczuć może?
Och, jam jest pełen smutku wraz z tobą, ciemny ty potworze; trapię się również i o ciebie.
Och, że też ma dłoń nie dość siły posiada! Chętnie, zaprawdę, wyzwoliłbym ja cię ze złych snów twoich! —
Gdy Zaratustra te słowa rzekł, zaśmiał się z samego siebie pełen smętku i goryczy. Jakże to, Zaratustro! więc i morzu nawet chcesz śpiewać ukojenia?
Och, ty szaleńcze, z nadmiaru miłości, radosnym zaufaniem pijany! Lecz takim byłeś mi zawsze: zbliżałeś się zawsze ufnie ku wszelkim okropnościom.
Każdego potwora nawet rad byś głaskać. Jedno tchnienie ciepłego oddechu, nieco miękkich kudłów na łapie —: a wnet gotów bywałeś ukochać to i ku sobie wabić.
*Miłość* jest niebezpieczeństwem samotnika, miłość ku wszystkiemu, *co tylko żyje*! Śmiechu warte, zaprawdę, me szaleństwo i me umiarkowanie w miłości! —
Tako rzekł Zaratustra i zaśmiał się po raz wtóry: lecz oto wspomniał opuszczonych przyjaciół, — i zdało mu się, że swymi myślami im się sprzeniewierzył, zapłonął przeto gniewem przeciw własnym myślom. I stało się niebawem, że śmiejący się płakał: — z gniewu i tęsknoty płakał gorzko Zaratustra.