Bodaj żeby się on znużył swą wzniosłością, ów wzniosły: wówczas dopiero jego piękno świtać pocznie, — wtedy ja go skosztuję i zasmakuję w nim.
I wówczas dopiero, kiedy się od siebie odwróci, przeskoczy on swój cień własny — i zaprawdę! we *własne* skoczy on słońce. Zbyt długo w cieniu siedział, wyblakły lica pokutnikowi ducha; nieomal że się nie zagłodził na oczekiwaniach swoich.
Wzgarda kryje się jeszcze w jego oku, a wstręt okala usta jego. Spoczywa wprawdzie teraz, lecz jego spokój nie ułożył się jeszcze w słońcu.
Jako byk czynić powinien; a szczęście jego ziemią pachnieć powinno, nie zaś wzgardą ziemi.
Jako białego byka widzieć bym go pragnął, gdy parskając i rycząc lemiesz wiedzie: a ryk jego powinien wszystko, co ziemskie, sławić!
Ciemne jest jeszcze jego oblicze, cień dłoni błąka się po nim. Ocienionym jest jeszcze zmysł oka jego.
Czyn jego jest jeszcze cieniem na nim samym: dłoń przyciemnia działacza. Jeszcze czynu swego on nie przezwyciężył.
Co mówili krytycy
Ludovici twierdzi, że wzniośli to typ, do którego Nietzsche nie miał całkowitej niechęci, lecz który traktuje życie zbyt poważnie i nigdy nie przekracza etapu wielbłąda; prawdziwa wielkość polega na mówieniu o rzeczach wzniosłych bez przytłoczenia nimi, a Nietzsche łamie rzeczy stare nie z lekceważeniem anarchisty, lecz palcami artysty swobodnego wobec piękna, kierując się własnym smakiem.