— Stary papieżu — wtrącił tu Zaratustra — czyś ty to własnymi oczyma oglądał? Być może, iż tak się to działo: tak, lub też inaczej. Gdy bogowie umierają, konać zwykli wieloraką śmiercią.
Wszakże, stało się! Tak czy owak, tak i owak — nie masz go już! Uszom i oczom moim był on nie w smak; nierad źle bym o nim powiadał.
Kocham wszystko, co spoziera jasno i przemawia rzetelnie. Jednakże on — wszak wiesz o tym, stary kapłanie, coś z waszego, z kapłańskiego zachowania było w nim — był wieloznaczny.
Był też niewyraźny. Jakże gromił on nas za to gniewem pałający, żeśmy go źle pojmowali! Lecz czemuż nie przemawiał dobitniej?
A jeśli uszu naszych w tym wina, czemuż dał nam takie uszy, co go źle rozumiały? Jeśli namuł w uszach naszych tkwił, któż go w nasze uszy włożył?
Zbyt wiele nie udało się temu garncarzowi, co wprawy jeszcze nie nabrał! Że jednak mścił się na garnkach i stworzeniach swych za to, że mu się one nie udały — to było już grzechem przeciw *dobremu smakowi*.
Gdyż i w pobożności istnieje dobry smak, który wreszcie powiada: „precz z takim Bogiem! Lepiej żadnego Boga, lepiej na własną rękę dolę swą zdziaływać, lepiej szaleńcem być, lepiej samemu Bogiem się stać!”
Co mówili krytycy
Ludovici wyjaśnia opowieść ostatniego papieża jako Nietzscheańską historię judaizmu i chrześcijaństwa: zazdrosny, mściwy Bóg silnej, wojowniczej rasy degeneruje się wraz ze swym ludem w miękkiego, litościwego Boga miłości, który poświęca za nas swego Syna, a proces ten kończy się tym, że Bóg zostaje uduszony własną litością.