Po węzłowych drabinach do niejednego wdrapywałem się okna, rączymi nogi wspinałem się na niejeden wysoki maszt: na wysokich masztach poznania siadywać wydało mi się niemałą rozkoszą, —
— jako małe płomyki na wysokich masztach migać: drobne wprawdzie to światła, lecz wielkie pocieszenie dla zbłąkanych i rozbitków! —
Na wielu drogach i wieloma sposoby doszedłem ja do swojej prawdy: nie na jednej tylko drabinie wspiąłem się ja na mą wyżynę, skąd me oko w moje dale wybiega.
I niechętnie o drogi pytałem, — przeciwiało się to zawsze smakowi memu! Chętniej zapytywałem drogi same i doświadczałem ich.
Doświadczaniem i pytaniem było wszelkie me chadzanie: — i zaprawdę, *nauczyć* się też trzeba odpowiadać na pytania takie! Lecz takim jest — mój smak:
— ni zły, ni dobry to smak, lecz mój własny, czego się nie wstydzę i z czym się nawet nie taję.
„Oto — *moja* droga, — a gdzież jest wasza? tak odpowiadam tym wszystkim, którzy mnie „o drogę” pytają. *Drogi*? — nie maż jej zgoła! —
Tako rzecze Zaratustra.
Co mówili krytycy
Ludovici wyjaśnia naukę o miłości własnej w rozdziale „O duchu ciężkości” jako odpowiedź na lęk nowoczesnego człowieka przed byciem sam na sam ze sobą, zdradzający pogardę dla samego siebie, tak że nauczenie się kochać siebie wymaga powolnej przemiany wewnętrznej; zauważa też, że Nietzsche nie przymusza, lecz mówi: „To jest moja droga, a gdzie twoja?”