Chadzam ja pośród tego ludu i otwartymi spoglądam oczyma: nie wybaczą mi tego nigdy, żem nie jest zazdrosny o ich cnoty.
Gryźć mnie chcą za to, że pouczam: dla małych ludzi potrzebne są małe cnoty, — oraz że z trudem przyswajam sobie tę mądrość, iż mali ludzie są *potrzebni*!
Jeszczem jest jako kogut na cudzym podwórzu, którego kury nawet dziobem bodą; wszakże nie jestem tym kwokom niechętny.
Jestem dla nich pełen ugrzecznienia, jak dla każdej małej zgryźliwości; najeżać się wobec błahostek wydaje mi się mądrością jeży.
Wszyscy oni mawiać zwykli o mnie, gdy wieczorem wokół ogniska zasiądą, — mówią o mnie, lecz nikt o mnie nie myśli!
Oto nowa cisza, której zaznałem: „ich gwary wokół mnie rozpościerają płaszcz na myślach moich”.
Czynią więc gwary między sobą: „co znaczy ta ponura chmura? baczmyż, aby nam zarazy nie przyniosła!”
Zaś niedawno porwała kobieta dziecko, co się do mnie garnęło: „zabierajcie dzieci precz! — wołała — takie oczy urzekają dusze dziecięce”.
Pokasłują, gdy przemawiam: mniemają, że kasłanie jest zarzutem przeciw silnym wiatrom, — nie odgadują oni wzburzenia mego szczęścia!
„Nie mamy jeszcze czasu na Zaratustrę” — przeciwiają mi się; lecz cóż zależy na takim czasie, który dla Zaratustry „nie ma czasu”?
A nawet gdy mnie sławią: jakże bym ja mógł na *ich* sławie spocząć? Kolczastym pasem jest mi ich chwalba: drapie mię wówczas jeszcze, gdy go precz odrzucę.
I tego jeszcze nauczyłem się pośród nich: chwalący, zda się, zwraca, w rzeczywistości chce być jeszcze bardziej obdarzonym!
Zapytajcie stopy mej, zali jej dogadzają te wabienia i chwalb sposoby! Zaprawdę, w taki takt i w rytmy takie ani tańczyć nie zechce, ani w miejscu stać nie zapragnie.
Ku małej cnocie chcieliby mnie przywabić i przychwalić; do taktu małego szczęścia radzi by stopę mą podmówić.
Co mówili krytycy
Brandes streszcza wstręt Zaratustry do drobnych cnót, które czynią ludzi mniejszymi, nazywanie go bezbożnikiem, odstępstwo jego dawnych towarzyszy oraz jego obrzydzenie do wielkiego miasta i do państwa.
Brandes streszcza wstręt Zaratustry do drobnych cnót, które czynią ludzi mniejszymi, nazywanie go bezbożnikiem, odstępstwo jego dawnych towarzyszy oraz jego obrzydzenie do wielkiego miasta i do państwa.
Ludovici wyjaśnia, że przez „wielkie południe” Nietzsche rozumiał obecną epokę jako południe dziejów człowieka: dzieciństwo ludzkości się skończyło, teraz wiemy i nie ma już usprawiedliwienia dla błędów, które psują typ „człowiek”.
Ludovici dowodzi, że w rozdziale „O starych i nowych tablicach” wolność jako powszechne dezyderatum otrzymuje cios śmiertelny: Nietzsche uważał wolność za niebezpieczną w niegodnych rękach, pytając „wolny do czego?” i wymagając, by najpierw być kimś, kto potrafi chcieć.