Patrzcież mi na te schroniska kapłanów! Świątyniami zwą oni te słodkowonne jaskinie.
Och, to fałszowane światło, to zdławione powietrze! Tu duszy do własnych wyżyn — wzbijać się nie wolno!
Gdyż tak oto brzmi nakaz wiary: „na klęczkach wstępujcie na schody, grzesznicy!”
Zaprawdę, chętniej widzę bezwstydnego, niźli te zezujące oczy ich wstydu i nabożności!
Któż to stworzył sobie takie jaskinie i te schody pokutne? Zaliż nie byli to ci, co się ukryć pragnęli, co się jasnego nieba wstydzili?
Gdy jasne niebo znowuż poprzez zburzone sklepienie wejrzy na murawę i kraśne maki, porastające rozwalone mury — wonczas dopiero serce swe skłonię ku przybytkom tego Boga.
Przezwali Bogiem wszystko, co im się przeciwiało i sprawiało ból: zaprawdę wiele bohaterstwa było w tym ich bohomolstwie!
Zaś inaczej Boga swego kochać nie umieli, niż przybijając do krzyża człowieka!
Jako trupy żyć pragnęli, kirem czernili trupy swe; nawet w ich mowach wietrzę przykre zaduchy trupiarni.
A kto w ich bliskości przebywa, zamieszkuje w bliskości czarnych stawów, z których kumaki pieśń swą zawodzą słodkim głębokiej zadumy przyśpiewem.
Co mówili krytycy
Förster-Nietzsche dowodzi, że ideał nadczłowieka był obecny już w pismach Nietzschego z lat 1873–75 jako nadzieja wyhodowania wielkich jednostek, młodzieńczy pogląd, że cel ludzkości leży w jej najwyższych okazach; w Zaratustrze ideał ten zostaje przeniesiony w przyszłość i osnuty stawaniem się, ponad nawet Zbawiciela, skoro „nie było jeszcze nigdy nadczłowieka”.